Praca zawodowa




Od września 1999 roku pracuję w branży ubezpieczeń na życie.

W niej zetknąłem się z określeniem mojej osoby: skoczek-komandos.

Jeden z kolejnych dyrektorów naszego oddziału nazwał mnie tak, przyglądając się mojej historii zawodowej.

„Poruszałem się po nieznanym mi świecie. Zacząłem dzwonić do obcych sobie ludzi, sukcesywnie poznawałem ich i budowałem z nimi relacje. W branży ubezpieczeń na życie, założenie jest proste: „Rozmawiaj o ubezpieczeniach z tymi, których znasz. Później, w miarę możliwości, proś o polecenia, abyś mógł spotkać się z ich znajomymi”.

Moje działania były odmienne od wszystkich znanych mi osób z branży. W Warszawie znałem cztery osoby, do których mogłem udać się, aby rozmawiać o ewentualnym ich ubezpieczeniu. Dlatego chciałem i musiałem włożyć zdecydowanie więcej czasu i wysiłku w poznawanie nowych ludzi.

Podstawowym elementem wchodzącym w skład mojego warsztatu, była bardzo wysoka jakość mojej pracy. Klienci po miesiącu lub kwartale lawinowo nie rezygnowali z podpisanych ze mną umów.

Kolejna sprawa to duża sprzedaż. Nie mam na myśli super miesiąca, kwartału czy świetnego jednego roku. Podpisywałem umowy z klientami ciągle.

Przeczytaj opinie klientów na temat mojej pracy

  • Magdalena Fiedorowicz
    Z Irkiem znamy się od bardzo wielu lat...zaczęło się od kontaktu w sprawie ubezpieczenia i nasza relacja trwa do dzisiaj. Nie byłoby to możliwe gdyby nie umiejętności, wiedza i osobowość Irka. Zawsze rzetelny, szczery, z ogromną wiedzą na temat produktów i usług ubezpieczeniowych, potrafi doradzić w co warto a w co nie zainwestować swój czas i pieniądze. A przy tym bardzo sympatyczny człowiek z pasją i wiarą w to co robi.
    Magdalena Fiedorowicz
    HR Director, Nielsen
  • Rafal Staś
    Ubezpieczam u Irka ludzi w firmie. Co cechuje Irka? Fachowe podejście, klarowne wyjaśnianie aspektów ubezpieczeń. Już skorzystaliśmy z wypłaty ubezpieczenia dla jednego z pracowników. Irek jest profesjonalistą w swej dziedzinie.
    Rafal Staś
    Chairman of the Board Greeneris Sp. z o.o.
  • Ewa Majkowska
    U Irka ubezpieczam się od wielu lat na wszystkie prywatne wyjazdy turystyczne. Zawsze mogłam liczyć na Jego wsparcie i rzetelny opis przedstawianych produktów. Komunikacja z Jego zespołem jest niezwykle sprawna i szybka, co sprawia, że jako klient mam poczucie najlepszej możliwej obsługi. Serdecznie polecam!
    Ewa Majkowska
    Senior Project & Operation Manager w Haxel Events & Incentive sp. z o.o., CIS.
  • Dawid Maćkiewicz
    Pełen profesjonalizm, ogromna wiedza i rzeczowe podejście to tematu. Tak w skrócie mogę opisać współpracę z Irkiem w zakresie ubezpieczeń AXA. Z czystym sumieniem rekomenduje!
    Dawid Maćkiewicz
    Regionalny Koordynator sprzedaży agencyjnej w PLAY
  •  Marcin Powierza
    Współpracuję z Panem Ireneuszem od wielu lat i jednoznacznie mogę stwierdzić, że jest on wyjątkowo rzetelnym i kompetentnym ubezpieczycielem. Dodatkowym atutem Pana Ireneusza jest bardzo szeroka oferta, dzięki której mogę mu powierzyć swoje sprawy do kompleksowej obsługi. Niejednokrotnie już przekonałem się, że mogę Panu Ireneuszowi bez obaw zaufać w zakresie ubezpieczeń.
    Marcin Powierza

Książka „Słuchajcie siebie” – doświadczenia z mojej pracy zawodowej agenta ubezpieczeniowego

Jest inspirująca i motywująca. Opisuję w niej 18 lat pracy zawodowej oraz moje życie osobiste. Na 300 stronach, ujmuję te dwa ogromne filary, które Tobie także wypełniają codzienność.

Sięgnij po nią, jeśli nie wiesz w jaki sposób zaistnieć na rynku ubezpieczeń. Łatwo będziesz stawiał czoło przeciwnościom i je pokonywał.


Przesłuchaj 3 próbki do audiobooka „Słuchajcie siebie”


Odsłuchaj część I

Odsłuchaj część II

Odsłuchaj część III

Zamknij

Branżowe fragmenty z mojej książki "Słuchajcie siebie"

Fragment nr. 1

Ubezpieczenia mnie uporządkowały. Przed laty byłem – delikatnie to nazwę – rozrzucony i niepoukładany. Kiedy jednak kilka razy nie otrzymałem środków na konto, ponieważ firma nie wystawiła polisy klientowi „tylko” dlatego, że wcześniej nie dopilnowałem, aby złożył podpis w konkretnym miejscu – to brałem się za siebie.

Wcześniej nie zwracałem uwagi na „tak małe, nic nie znaczące detale”, ale pracując w ubezpieczeniach, diametralnie zmieniłem swoje podejście do „mikrych” elementów, które były i są wielkimi. Ta branża słynie z upierdliwości, szczegółów i pytań, które pozornie nie mają znaczenia. Te „małe błahostki” potrafią w swej sile, niejednego z równowagi wyprowadzić.

Ja permanentnie majstrowałem przy sobie i siebie modelowałem. Wiedziałem, że tam, gdzie najwięcej bolało, miałem poświęcać zdecydowanie więcej mojej uwagi. Po kilku powtórzeniach to, co sprawiało problem, znikało. Ból przechodził dlatego, że pracowałem nad nim, a nie dlatego, że go unikałem. Bardzo dobrym odniesieniem dla wszystkich pojawiających się problemów życiowych i bolących spraw, jest przykład z uwierającym i ćmiącym zębem. Udawanie, że go nie ma, zawsze źle się kończy dla przeciągającego ten stan, dla odwracającego się plecami do niego delikwenta. I tak jest z każdą „ćmiącą” sprawą w życiu! Nanosiłem poprawki na swoje stare JA, aby każdego dnia stawiać lżejsze, nowej jakości kroki życiowe.

Fragment nr. 2

Na początku 2009 roku otrzymałem propozycję reprezentowania naszej firmy na spotkaniu członków MDRT (Milion Dollar Round Table). Jest to organizacja skupiająca najlepszych agentów ubezpieczeniowych na świecie. Miałem przemawiać do kilkuset osób. Od razu odpowiedziałem, że propozycja mojej osoby jest jakąś pomyłką. Wskazywałem na innych w firmie, którzy przez lata swoją postawą i osiągniętymi wynikami potwierdziły, że zasługiwały na to wyróżnienie.

Jednak ze strony firmy nie odpuszczano i w końcu – chcąc nie chcąc – zgodziłem się. Tamten okres był trudny dla mnie ze względu na operację Tymka, naszego malutkiego synka. Moja kondycja psychiczna i fizyczna była zachwiana a jej poziom spadł mocno poniżej średniej, więc zgadzając się na przemawianie, bardziej ufałem osobom, które mi to zaproponowały niż sobie. Finalnie stałem na podwyższeniu przed pięciuset osobami. Widziałem twarze agentów, menadżerów i dyrektorów z wszystkich liczących się i znanych na polskim rynku firm ubezpieczeniowych. Nigdy wcześniej do tak dużej grupy zebranej w jednym miejscu nie przemawiałem. Stałem przed praktykami, którzy na pewno prezentowali wysoką wiedzę branżową. Na takie wydarzenia firmy zapraszały i opłacały bilety najlepszym osobom ze swych struktur sprzedażowych. Na pewno nie były to osoby „grzejące ławę” w strukturach macierzystych firm ubezpieczeniowych.

Mogłem wybrać sobie temat do prezentacji. Wybrałem taki, jaki był mi najbliższy:

„Filozofia pełnej osobowości MDRT jako uniwersalna recepta na trwałe relacje z klientem w dobrych i złych czasach”.

Zawierało się w nim siedem poniższych punktów:

  • Wykształcenie i rozwój;
  • Kariera;
  • Służba innym;
  • Finanse;
  • Rodzina;
  • Zdrowie;
  • Życie duchowe.

Do wystąpienia przygotowywał mnie jeden z polskich aktorów, a zarazem szkoleniowiec. W mojej prezentacji i przemowie zawarłem historię z dziesięciu lat mego życia. Cały czas byłem sobą – czyli otwartym, szczerym i nienapuszonym facetem. Widziałem, że w jakiś sposób ujęło to trenera. Może spodziewał się jakiegoś zadufanego w sobie „guru ubezpieczeń” a nie zwykłego człowieka? Na przygotowaniach do wystąpienia godziny szybko nam mijały. Uczący otworzył się na mnie, jak człowiek na człowieka i przy okazji odwdzięczył się kilkoma historiami ze swego życia. Wzajemnie zaakceptowaliśmy się i polubiliśmy.

Nie napiszę nic odkrywczego, stwierdzając, że przed wystąpieniem byłem bardzo zestresowany. Nawet doświadczeni mówcy wspominają o nerwach przed wyjściem do publiczności. Nie wiem, czy mam im wierzyć. Na moją kondycję psychiczną miały bardzo duży wpływ moje przemyślenia związane z medycznymi przejściami synka. Wchodząc na podwyższenie, nie byłem do końca spokojny i wyciszony. Mówiąc do ludzi, przez cały czas lekko drżałem. Stawiałem swoje pierwsze kroki w przemawianiu, zasmakowałem czegoś nowego. Na dwadzieścia pięć minut wszedłem do innego świata. Byłem na tyle wzruszony, że w trakcie tych długich minut słowa stawały mi w gardle i dwa razy byłem bliski przerwania mego wystąpienia. Na mojej stronie, na vlogu w zakładce blog, jest pocięty filmik, gdzie możecie to wystąpienie zobaczyć. Koniec końców nie poddałem się i dokończyłem to, co zaplanowałem.

Fragment nr. 3

Wiedziałem, że aby poradzić sobie w ubezpieczeniach, musiałem wszystko, dosłownie wszystko robić inaczej niż pozostałe koleżanki i koledzy. Chciałem docierać do klientów, unikając otrzymywania ciosów tylko za przewrócenie żółtej kartki formatu A-4 i zadzwonienie do reklamującej się tam firmy.

Jesienią 1999 roku mieszkaliśmy w Ursusie.

Z uwagą wysłuchałem propozycji kolegi o odwiedzaniu klatek schodowych na bogatym Ursynowie, jednak pomysł mocno zmodyfikowałem. Uważałem, że odwiedzanie odległych miejsc i spisywanie nazwisk mieszańców z bloków, za bardzo pochłaniałoby mój czas. Wpadłem na coś innego. Rozpocząłem telefonowanie do mieszkańców Ursusa. Chciałem poruszać się po okolicy, jaką zamieszkiwałem. Moim celem było mieć jak najwięcej spotkań z ludźmi z jednego rejonu. Nie chciałem tracić czasu na dojazdy do miejsc rozprzestrzenionych w różnych częściach Warszawy, przynajmniej na początku.

Ursus był moją pierwszą wypadową bazą na miasto. Tutejsze numery stacjonarne były tym, co tygryski lubiły najbardziej! Znalazłem rozwiązanie i pokonałem zaporę, przed jaką staje każdy rozpoczynający lub pracujący kilka lat w branży ubezpieczeniowej. Do dziś jest to bolączka zdecydowanej większości agentów. Więcej o tym, w moim audiobuku: „Namolni, narzucający się agenci ubezpieczeniowi”.

Cieszyłem się, że przeskoczyłem mur i nie stałem w miejscu. Nie otwierałem stron książek telefonicznych, które były cichym zabójcą każdego, kto po nie sięgał. Słuchałem siebie, swego wewnętrznego głosu. Chwytałem swoją myśl i wprowadzałem ją do życia. Sposób, jaki wymyśliłem, nakręcił mnie do dalszej konstruktywnej pracy. Miałem punkt zaczepienia. Nie napawało mnie optymizmem przyglądanie się pustemu, niezapisanemu kalendarzowi. Całodzienne bezproduktywne wyglądanie przez okno oddziału w oczekiwaniu na ewentualne wejście do niego klienta, wpływało destrukcyjnie na każdego agenta.

Na jaki pomysł wpadałem? Otóż rozpocząłem telefonowanie na numery stacjonarne. Dzwoniłem na nie jeden po drugim; nie chciałem nikogo pominąć. Selekcjonowanie ich było by moim błędem. Jeden ze starych, ursuskich numerów rozpoczynał się od liczby 662. Usiadłem i zadzwoniłem do pierwszego z niedoszłych moich klientów na numer 662 00 01. Następny był w kolejce 662 00 02, potem z końcówką 03, 04 itd. Telefonowałem codziennie od 9.00 do 20.00, a w soboty do 14.00. Niedziele rezerwowałem na ewentualne spotkania z osobami, które w tygodniu były bardzo zajęte.

Zdarzało się, że odbierający podniesionym tonem pytali mnie:

„Skąd ma pan TEN numer telefonu? Przecież jest on zastrzeżony!”

Wyjaśniałem wprowadzoną przeze mnie metodę. I jak myślicie, wierzyli? Jasne, że nie. Okazało się, że była zbyt skomplikowana. Ludzie potrafią proste kwestie bardzo zapętlić. Ze złością rozłączali się, a ja dzwoniłem dalej. Systematycznie pracując, szybko zapełniałem rubryki kalendarza spotkaniami.

Zastanawiasz się, czy moje doświadczenia są wiarygodne?

Potwierdzeniem mogą być nagrody, które co roku otrzymałem za osiągnięcia zawodowe.









Czy te informacje Cię przekonały do książki? Wybierz najodpowiedniejszą dla Ciebie formę